czwartek, 14 lipca 2011

Matka-tygrysica nowym wzorem do naśladowania dla innych rodziców

Autorem artykułu jest Tomasz Galicki


Ostatnimi czasy potykamy się z coraz większą dominacją Azjatów obejmujących najbardziej prestiżowe miejsca pracy na rynku amerykańskim. W tym artykule podejmę to zagadnienie.

Chiny, do niedawna jeszcze postrzegane jako kraj raczej zacofany, działający na usługi firm zza Atlantyku, są uznawane ze rosnącą w siłę, dynamicznie rozwijającą się gospodarkę, która powoli goni Stany Zjednoczone w drodze do tytułu potęgi ekonomicznej świata.

Amerykanie zachodzą w głowę, jakie są przyczyny takiego skoku. Z odpowiedzią nadchodzi książka wykładowczyni prawa na Uniwersytecie w Yale pod tytułem „Bojowa Pieśń Tygrysicy”, gdzie udziela porad dla matek. Po lekturze tej pozycji, możemy być pewni, że siła Chin tkwi w ludziach i ich niesamowitej pracowitości.

Amy Chua jest samotną matką i autorką autobiograficznej książki, która wywołała medialną burzą i niezliczoną ilość dyskusji we wszystkich krajach, gdzie została wydana. Opowiada w niej o swoim sposobie wychowywania dwóch córek, które wyrosły na stereotypowe Amerykanki azjatyckiego pochodzenia. Charakteryzują się pracowitością, przy ich nazwiskach w dzienniku szkolnym można zobaczyć tylko same najwyższe oceny, są znane jako najlepsze uczennice w klasie. Kontrowersyjną metodę wychowawczą, opartą na surowej dyscyplinie, poparły też ostatnie testy przeprowadzone w wielu krajach świata, również w Chinach. Wyniki były zaskakujące, okazało się, że to właśnie Azjaci przewodzą w rankingach i osiągają najwyższe wyniki, bijąc na głowę uczniów innych narodowości. Amerykanie uplasowali się na pozycji średniaka, w rankingu wypadli też gorzej niż np. Polska.

Autorka książki zyskała ostatnimi czasy, miano najpopularniejszej, najbardziej kontrowersyjnej Azjatki. Czym zasłużyła sobie na ten tytuł i na topowe miejsce na książkowych listach bestsellerów? Zasługa tkwi w jej poczuciu wyższości na amerykańskimi rodzicami i tupecie, który reprezentuje. Amy Chua naśmiewa się z bezstresowego wychowania, praktykowanego w Stanach, który zakłada, że dziecko powinno chwalić za każdą laurkę, rysunek czy cokolwiek innego co zrobi. Cel takiego działania jest prosty- chodzi o podniesienie poczucia własnej wartości u dziecka. Azjatka odrzuca takie metody wychowawcze i prezentuje własne, według niej lepsze i bardziej skuteczne. W książce został opisany przypadek, kiedy jej najmłodsza córka wręcza matce własnoręcznie wykonany obrazek. Kobieta gani dziecko za to, że nie włożyło w rysunek wystarczająco dużo pracy, mówiąc że zasługuje na coś lepszego. Takie zachowanie ma nauczyć potomka, że przy odpowiednim wysiłku, jest w stanie osiągnąć co tylko będzie chciało. Dla typowego amerykańskiego rodzica takie zachowanie jest straszne, dla niej jest to po prostu nauka odróżniania dobrze wykonanej pracy od odwalonej roboty.

Co ciekawe, dzieci Amy Chua wcale nie czują się pokrzywdzone, doświadczając takiego surowego zachowania ze strony matki. Czują za to, że są w centrum zainteresowania, że na nich jest skupiona cała uwaga matki, bo Azjatka nie szuka ulgi w wychowywaniu dzieci, poprzez zatrudnianie niani.

Jej metody zakładają też, w pewnym stopniu odizolowanie od rówieśników. Zabawa z innymi dziećmi zostaje uznana przez nią za stratę czasu, który można byłoby przeznaczyć na trening gry na skrzypcach.

Mimo wielu zalet, jakie niesie ze sobą tzw. chińskie wychowanie, można dopatrzyć się również dużej ilości wad tego systemu. Dzieci wyrastają na pracowników, nie potrafiących współpracować z innymi ludźmi. Uczy jednak, że świat nie jest matczyną spódnicą, za którą można się schować w razie niepowodzeń, wpaja, że aby przetrwać, należy być silnym i pracowitym. Tylko z takim nastawieniem wszystkie furtki świata stoją przed tobą otworem.

---

T.G.

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz